Boom na wiatraki
Czerpanie energii z wiatru staje się coraz popularniejsze. Na całym świecie powstają farmy wiatrowe na lądzie, a nawet na morzach.
Pokusa jest ogromna, bo nie dość, że chodzi o ekologiczne pozyskiwanie energii, to każde takie przedsięwzięcie zwiększa bezpieczeństwo energetyczne kraju. Tymczasem wydaje się, że nasze nie do końca jest pod kontrolą. Dzieje się tak na zachodniej granicy, z Niemcami. Sytuacja staje się napięta, gdy mocniej wieje na północy u naszych sąsiadów, a więc na terenie, gdzie nastąpiła znaczna koncentracja ich przemysłu wiatrowego. Dla nas to oznacza poważne obciążenie linii przesyłowych, do tego stopnia, że operatorzy ze względów bezpieczeństwa obniżają poziom pracy elektrowni w Polsce! Można więc powiedzieć, że każdy kaprys pogody u nas skutkuje stanem awaryjnym.
A tranzyty niemieckiej zielonej energii są niemałe. Bywa, że jest to 1,7 tys. MW energii, szacuje dla Rzeczypospolitej Stefania Kasprzyk, prezes PSE Operator. W dodatku utrudniają nam handel energią przez zachodnią granicę. Jest to jednak tylko czubek góry lodowej, bowiem prawdziwe problemy zaczną się w momencie, gdy nasze krajowe rezerwy zdolności wytwórczych się wyczerpią i będziemy musieli importować energię. Wówczas może się okazać, że nie ma, jak tego zrobić, bo brak wolnych zdolności przesyłowych. W tym miejscu Stefania Kasprzyk przypomina, że możliwości importu energii powinny pokrywać ok. 10 proc. mocy produkcyjnych kraju.
Problem ten, mając na uwadze bezpieczeństwo energetyczne Polski, należy więc jak najszybciej rozwiązać, w chwili obecnej z niemieckim operatorem prowadzone są rozmowy w celu podjęcia wspólnych działań.
Prawdopodobnie byłoby ono mniej zagrożone, gdybyśmy wzorem Norwegów postawili również na farmy wiatrowe na Bałtyku. Ci, jak podaje PAP, zapowiedzieli budowę pierwszej na świecie pływającej elektrowni wiatrowej. Ma ona rozpocząć pracę jesienią 2009 r. Za takim usytuowaniem przemawia wiele czynników.
- Wiatry na morzu są silniejsze i bardziej stałe, dysponujemy (na morzu) dużo większymi obszarami i unikamy konfliktów, z jakimi związana jest budowa takich elektrowni na lądzie - wyjaśniła Alexandra Bech Gjoerv kierująca w koncernie StatoilHydro działem Nowej Energetyki.
Pływająca elektrownia ma powstać na Morzu Północnym, 10 km od brzegów wyspy Karmoy - przy zachodnim wybrzeżu Norwegii. Zakotwiczenie jej będzie możliwe dzięki specjalnej boi, mocowanej do dna trzema kotwicami i podobnej do tych, stosowanych przy platformach wiertniczych. Na boi stanie 65-metrowej wysokości i 8-metrowej średnicy wieża turbiny wiatrowej, której skrzydła będą miały rozpiętość ok. 80 m.
Koszt budowy tej pionierskiej konstrukcji, którą można będzie przemieszczać i kotwiczyć na morzu, mającym głębokość od 120 do 700 m, wyniesie ok. 52 mln euro. I choć opanowanie budowy takich urządzeń otwiera nowe perspektywy w dziedzinie energetyki wiatrowej oraz służy podniesieniu bezpieczeństwa energetycznego kraju, możemy na razie tylko pomarzyć, by na Bałtyku pojawiły się również polskie turbiny.
Zobacz także:
Bezpieczeństwo energetyczne i polityka wobec OZE
Siłownie wiatrowe
Skomentuj
Komentarze — pokaż wszystkie
Brak komentarzy



