Spadający nóż
Sytuacja na rynku nieruchomości mocno pasjonuje analityków i obserwatorów, którzy prognozują dwa różne scenariusze zachowań cen nieruchomości.
Ostatnio na portalu TermoDom.pl pisaliśmy o przewidywanym wzroście cen domów i mieszkań. Tym razem zamierzamy przedstawić analizę dr inż. Bartosza Stawiarskiego z Wealth Solutions, który na blogu zatytułowanym Nieruchomości a spadający nóż, wyjaśnia powody dalszego spadku cen.
Otóż autor wspomnianego tekstu udowadnia, że kryzys amerykański, odbijający się już echem w krajach Europy Zachodniej: Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Irlandii czy wreszcie w republikach nadbałtyckich, znajdzie swój oddźwięk i u nas. Pokazuje przykłady, że przewidujący, choć nieliczni inwestorzy wycofali się jakiś czas temu z inwestycji w nieruchomości, a ci, którzy kupowali w okolicach szczytu boomu, mają teraz kłopoty. Nie ma też co liczyć, że sytuacja ta szybko się odwróci, bo ceny nieruchomości nie podlegają tak szybkim zwrotom, jak rynek akcji.
Bardziej konkretnym argumentem są statystyki GUS. Według ostatnich danych, w całym 2006 r. do użytku oddano, podobnie jak w 2005 r., 114,2 tys. mieszkań. Rok później, w 2007 r. było ich już 133,8 tys., co daje roczny wzrost o 16 proc. Tymczasem wiosną ubiegłego roku rynek się zakorkował, gdyż ceny przestały być akceptowalne przez potencjalnych nabywców. To spowodowało, że zwyżki ustąpiły miejsca spadkom, sięgającym dziś nawet 20 proc., jednak tylko na rynku wtórnym. Natomiast w pierwszym półroczu 2008 r. oddano do użytku 67,7 tys. nowych mieszkań, czyli o 28 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2007 r. Niewiadomo jednak, jaki procent z podawanych w mediach 5 mld zł udzielonych kredytów został przeznaczony na zakup mieszkań, a jaki na refinansowanie wcześniejszych kredytów.
Nie pomagają też zabiegi deweloperów, wydatki na reklamę, by tylko przyciągnąć klienta, nie obniżając jednocześnie ceny metra kwadratowego. Wszystko bowiem wskazuje na nasilającą się zwyżkę podaży, co potwierdza ilość wydanych pozwoleń na budowę nowych lokali. Wg danych GUS, w roku ubiegłym ich liczba wzrosła względem 2006 r. o 47 proc. do 247,7 tys., przy czym już w 2006 odnotowano 36 proc. dynamikę wobec 2005 r. W pierwszym półroczu zapęd budowniczych wyraźnie wyhamował, gdyż wydano zaledwie o 0,5 proc. więcej zezwoleń (115 tys.) niż rok wcześniej.
Tymczasem sama dostępność mieszkań staje się, zdaniem autora artykułu, coraz bardziej iluzoryczna, z uwagi na rosnącą dysproporcję między zarobkami a cenami nieruchomości. W najgorszej sytuacji są ci, którzy dokonując zakupu na górce, muszą teraz spłacać kredyt na mieszkanie zagrożone niemałą przeceną. Nie pomaga też umacniająca się złotówka, bo choć płace rosną, w dalszym ciągu daleko nam do zarobków zachodnioeuropejskich. Uwypukla się jedynie drożyzna aglomeracji polskich na tle zagranicznych. A wszystko to odbywa się w otoczeniu rosnących stóp procentowych, wycofywania się spekulacyjnego kapitału i ogólnej trwałej redukcji apetytu na ryzyko, jak pisze Bartosz Stawiarski.
W tej sytuacji autor stawia pytanie: kto miałby po takich cenach kupić te kilkaset tysięcy budowanych mieszkań? I podpowiada, że Ukraińcy i Chińczycy wkrótce importowani tłumnie po to, by realizować inwestycje pod Euro2012, odpadają, podobnie jak zasadnicza część polskiego społeczeństwa. Również spekulanci, którzy nabyli lokale licząc na szybki zysk w związku z naszym wejściem do Unii, swoje już zarobili i albo rynek opuścili, albo szykują się do takiego kroku. Natomiast nasi emigranci z Wysp, jeśli planują tu wrócić, to zazwyczaj nieruchomości kupili już wcześniej.
Na koniec mało pocieszające spostrzeżenie, że realia wielu ważnych gospodarczo krajów na różnych kontynentach pokazują, że tendencja na rynkach nieruchomości niekomercyjnych jest i długo pozostanie zniżkująca. Trudno w tej sytuacji o prognozę, że Polska będzie pod tym względem wyjątkiem, a spadający nóż nikogo nie dotknie.
Zobacz także:
Nieruchomości kupuj teraz
Skomentuj
Komentarze — pokaż wszystkie
Brak komentarzy



